Cykl: Jestem u siebie

„Izrael to kraj kontrastów, wielu bardzo różnych od siebie światów…”

Katarzyna Świątkowska 30.09.2021

KAROLINA VAN EDE-TZENVIRT – miłośniczka i rzeczniczka Izraela. Jej pasją jest dzielenie się pięknem i wielokulturowością tego kraju z odbiorcami w Polsce i Europie. Dziennikarka, autorka przewodników i książek, prelegentka, blogerka (Izraelblog); współpracuje również z telewizją i radiem. Działaczka społeczna w inicjatywach umacniających różnorodne, lokalne społeczności Jerozolimy i dialog między nimi. Prywatnie żona i matka trójki dzieci, mieszkająca w Izraelu od 20 lat.

1. Co sprawiło, że Izrael stał się Pani drugim domem?

Izrael był moją wielką miłością od kiedy przyjechałam tu z wymianą międzynarodową
między uczniami dwóch liceów, polskiego i izraelskiego. Przyleciałam na 10 dni – poznać nowych ludzi, zobaczyć egzotyczny kraj i porobić trochę pamiątkowych zdjęć.
Wróciłam przekonana, że to jest moje miejsce na ziemi i tam muszę spędzić resztę
życia. Miałam wtedy tylko 16 lat! Czas tylko wzmagał moją tęsknotę. Zaczęłam uczyć się hebrajskiego, interesować się judaizmem, skłamałam nawet koleżankom, że jestem Żydówką. Chciałam być blisko wszystkiego co miało jakikolwiek związek z
Żydami i Izraelem. Kiedy byłam już studentką zaczęłam pracować jako pilot wycieczek i oczywiste było, że będę pracować też z Izraelczykami. Tak poznałam mojego
przyszłego męża. A jak wiadomo miłość zwycięża wszystko, więc i tym razem, dzięki Meir’owi w końcu udało mi się stanąć na przekór wszystkim przeszkodom i wyjechać do Izraela. To było 20 lat temu i nadal nie wyobrażam sobie, bym mogła żyć gdzie indziej.

2. Jak wyglądały Pani pierwsze dni w nowym miejscu? Jak zmieniła się codzienność?

Pamiętam, że kiedy przyjechałam do mojego męża po raz pierwszy, była zima. W Polsce padał śnieg, a przy wejściu do jego domu w Jerozolimie rosły krzaczki różnych ziół i przypraw: bazylia, szałwia, rozmaryn… „Będę mieszkać w gorącym kraju” –
pomyślałam sobie. To tak jakby być zawsze na wakacjach. Od dwudziestu lat nie kupiłam sobie ani dzieciom ocieplanych butów, czy kurtek. Ale tak na serio, Izrael to kraj kontrastów, wielu bardzo różnych od siebie światów, różnych pod wieloma
względami. Różne są światopoglądy, religie, poziomy ich wyznawania, ubiory, kolory skóry, języki. Niektóre światy się ze sobą praktycznie nie spotykają, inne owszem, przenikają się, ale nie bez konfliktów i zatarć. W tym świecie należy nauczyć się nawigacji. Zajmuje wiele lat zrozumienie i poznanie tej różnorodności. Moja pierwsza wizyta w Izraelu nie uchyliła mi zbyt wielkiego rąbka tajemnicy. Widziałam świat
świecki i świat ultra religijny i nic poza tym. Przez te ostatnie 20 lat odkryłam i nadal odkrywam co jest między tymi dwoma skrajnościami, a nawet poza nimi. I gdzie jest moje miejsce w tym całym tyglu. Co i gdzie można zrobić, powiedzieć, jak się ubrać. Komu można podać rękę, a kto ze mną i tak rozmawiać nie będzie chciał, czy mógł.

3. Co urzeka Panią w Izraelu? (ludzie, miejsca, tradycje)

Po pierwsze – poczucie społeczności i do niej przynależenia. Społeczność to w judaizmie pojęcie niezmiernie ważne. Społeczność tworzyć mogą zarówno mamy z przedszkola, rodzice i nauczyciele w liceum, kongregacja w synagodze, czy sąsiedzi z tej samej dzielnicy, a nawet bloku. Społeczność to też miasta, grupy wyznające tę samą religię lub nurt, grupy wywodzące się z tych samych krajów, czy kręgów kulturowych. Zawsze gdzieś jest jakiś ludzki krąg, który się o siebie troszczy, który ma wspólny mianownik, na który można liczyć i który daje poczucie przynależności. Po drugie – różnorodność, wielość kolorów, smaków, języków, kultur i religii. Ta nadal odkrywana przeze mnie, mozaika ludzka mnie fascynuje i nieustannie daje
inspiracje do tworzenia, do dzielenia się moimi odkryciami z moimi czytelnikami.

4. Czy kiedykolwiek doskwierała Pani tęsknota za swoim rodzimym krajem?

Oczywiście. Tęsknię za rodzicami, za siostrą i jej rodziną. Szczególnie teraz, w pandemii, kiedy nasze wizyty musiały zostać drastycznie ograniczone. No i tęsknię też za krajem, bo przecież to tutaj się urodziłam i wychowałam. Nic nie poradzę na to, że
moim naturalnym środowiskiem będzie raczej las, niż pustynia, że liczę po polsku, a nie po hebrajsku i że blade twarze Polaków są mi bliższe, niż czarne oczy sefardyjskich Żydów w Izraelu. To są rzeczy, które wsiąkają tak mocno w tkankę, że nie można się ich wyprzeć. One zawsze gdzieś tam w środku siedzą, schowane za miłością do tych nowych, egzotycznych. No i oczywiście jedzenie. Izrael to raj dla smakoszy, ale
zapewniam Was, że marzą mi się pulpety z surówką i buraczkami – takie ze stołówki uniwersyteckiej, czy z tanich wczasów na mazurach.

5.  Czy jest coś (rzecz, zwyczaj, miejsce) co najchętniej zabrałaby Pani ze sobą z Polski do Izraela?

Miejsce… chyba pustynię, bo tego w Polsce nie ma. Taką suchą, gorącą i kamienną. I przede wszystkim taką kompletnie cichą. Tam nie ma szelestu liści, raczej nie słychać ptaków. No, może najwyżej, jak się wytęży słuch, to słychać tupot skorpiona pod kamieniem.

Załączone materiały wizualne pochodzą z prywatnego archiwum Karolinyvan Ede Tzenvirt.

Zachęcamy Państwa do odwiedzania Karoliny w mediach społecznościowych, klikając w poniższe ikony:


Facebook


Link